Historia Kresów

Pankiewicz- musicie zburzyć pomniki ofiar UPA w Polsce

 

 Przemówienia Pankiewicza wysłuchał między innymi prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz i inni - przedstawiciele władz Lwowa i Wrocławia, rektorzy uczelni wrocławskich i lwowskich, polscy senatorowie oraz akredytowani na Ukrainie polscy dyplomaci.


http://zaxid.net/home/showSingleNews.do?pankevich_nagadav_shho_slid_demontuvati_pamyatnik_zhertvam_upa&objectId=1230263


Pomnik rozstrzelanych profesorów nie powinien stać się kolejnym pomnikiem niezgody między narodami ukraińskim i polskim. Przewodniczący Lwowskiej Rady Obwodowej (sejmiku) Oleg Pankiewicz powiedział to w swoim przemówieniu podczas odsłonięcia pomnika profesorów, rozstrzelanych na Wałach Wuleckich we Lwowie.

Jak informuje służba prasowa Lwowskiej Rady Obwodowej, podkreślił on w szczególności:

"Dzisiaj obchodzimy rocznicę innego smutnego wydarzenia - stracenia intelektualistów i elity narodu polskiego, a także przedstawicieli innych narodowości, którzy zostali zniszczeni przez drugi - nazistowski - reżim. Współczujemy narodowi polskiemu, który ucierpiał z rąk nazistów.

70 lat temu - 30 czerwca 1941 - Ukraińcy w mieście Lwowie ogłosili Akt odrodzenia państwowości ukraińskiej, wykorzystując historyczną okazję, korzystając ze swego naturalnego prawa do samostanowienia narodu. Nazistowski reżim, jaki panował wówczas, aresztował również członków OUN i członków rządu Jarosława Stećko, poddając ich represjom. 30 czerwca uczciliśmy pamięć członków OUN i członków rządu Jarosława Stećko, pochowanych w pobliżu Janowskiego Cmentarza.

Mamy nadzieję, że Polacy będą potrafili również zrozumieć nasze uczucia patriotyczne, współczuć nam, tak jak my współczujemy im dzisiaj. Pomnik ten nie powinien stać się jeszcze jednym pomnikiem niezgody między naszymi narodami. Niestety, są siły polityczne, są naukowcy, którzy starają się manipulować faktami w celu poniżenia Ukraińców, mają oni swoją interpretację historii, jakże odmienną od ukraińskiej. Mamy wielką nadzieję, że takich faktów będzie coraz mniej.

Chcę zwrócić się polskiej i ukraińskiej elity, do naukowców. Postępujmy tak, abyśmy zrozumieli konieczność demontażu tzw pomnika Ofiarom UPA we Wrocławiu Przecież w żadnym ukraińskim mieście nie ma pomnika ofiar Armii Krajowej. Również w żadnym ukraińskim mieście nie demontowano miejsc pamięci poświęconym poległym Polakom, a, niestety, wiemy, że Polsce na Górze Chryszczatej pomnik Ukraińców został zniszczony.

 Mam również wielką nadzieję, że polski parlament nie będzie podejmować uchwały w sprawie uznania UPA za organizację zbrodniczą. Apeluję do braci - Polaków: pamiętajmy naszą historię i pamiętajmy jej lekcje. Powinniśmy mieć wspólną przyszłość. Ale to jest możliwe tylko wtedy, jeśli będziemy wzajemnie szanować się nawzajem, jeśli będziemy szanować prawo do własnej wizji historii, przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Szukajmy porozumienia, nie róbmy z pamięci ​​polityki, której celem jest znalezienie tego, co nas dzieli. Wierzę w jasną przyszłość narodu ukraińskiego i polskiego".

 

Więcej o uroczystości czytaj:

http://fakty.interia.pl/swiat/news/lwow-pomnik-zamordowanych-polskich-profesorow,1663128

 

Ukraińskie ofiary OUN-UPA

 

 

Na Ukrainie naukowcy ostrzegają przed wojna domową.

Korespondencja z Kijowa.

W powojennym okresie 1945-1958 roku z rąk oprawców OUN-UPA na Ukrainie Zachodniej zginęło ok. 16 tys. osób – stwierdza na łamach agencji informacyjnej „Regnum” prezydent ukraińskiego Centrum Analiz Systemowych i Prognozowania (CASP) Rostisław Iszczenko. Wśród 16 tys. ofiar zbrodni banderowskich – 4 tys. to stanowią wojskowi, pozostałe 12 tys. to ofiary cywilne. Zdaniem Iszczenki 75% strat ludności cywilnej nie jest charakterystyczne dla bojowych działań regularnej armii. Nawet kiedy okupacyjne wojska hitlerowskie wykonywali akcje ludobójcze przeciwko ludności cywilnej okupowanych terytoriów, to najwyższy wskaźnik ofiar wynosił tylko 60% ale nie 75%, jak to było w wyniku działań zbrojnej formacji nacjonalistów ukraińskich UPA. Taki wysoki procent strat ludności cywilnej może być wynikiem wojny domowej – uważa ukraiński ekspert Iszczenko. Na podstawie przeglądów i studiów dokumentów archiwalnych Iszczenko dochodzi do wniosku, iż w 1945-1958 roku na terytorium Ukrainy Zachodniej odbywała się wojna domowa między Ukraińcami różnych ideologii. Zdaniem prezydenta CASP ta wojna domowa ze zbrojnej przetworzyła się na chłodną wojnę domową Ukraińców zachodnich regionów z Ukraińcami wschodnich i południowych regionów. Rachunek strat i win jest nadal aktualny w narodzie ukraińskim. Dlatego za wcześnie mówić o konsolidacji wszystkich Ukraińców w ramach jednego państwa. Jaskrawym przykładem istniejących podziałów są potyczki we Lwowie 9 maja 2011 roku podczas obchodów Dnia Zwycięstwa nad Niemcami hitlerowskimi, gdy doszło do brutalnych ataków neobanderowców „Swobody” na weteranów Armii Sowieckiej.

Tolerowanie i wsparcie neonazistów ukraińskich, w tym i ze skrajnie nacjonalistycznej „Swobody”, przez poprzednią władzę Wiktora Juszczenki i obecną władzę Wiktora Janukowycza prowadzi Ukrainę do zbrojnej wojny domowej i katastrofie narodowej – uważa ekspert Iszczenko. 

Eugeniusz Tuzow-Lubański, Kijów 

 Za. Isakowicz.pl

 

Z ukraińskiej perspektywy

Tekst oryginalny w języku ukraińskim - link do "Ukraińskiej Prawdy":

http://www.istpravda.com.ua/articles/2011/06/30/44410/

O kompleksie ofiary z czystym sumieniem, lub ukraińskie interpretacje „rzezi wołyńskiej” 1943 roku.

 

ANDRIJ PORTNOW

 

W ukraińskim podręczniku historii dla klasy 11 o „antypolskiej akcji” UPA  na Wołyniu, ofiarami której padło około 60 tys. Polaków, napisano: „Tragicznie ułożyły się stosunki UPA z polskimi oddziałami zbrojnymi o różnych odcieniach politycznych, działającymi na Zachodniej Ukrainie. UPA deklarowała likwidację drugoplanowych frontów, a pozostawienia tylko głównych – bolszewickiego i faszystowskiego. Niestety nie udało się osiągnąć porozumienia z polskim podziemiem. Ukraińcy oskarżali o to Polaków, którzy chcieli odrodzić Polskę w przedwojennych granicach. Polacy, za przyczynę konfliktu, uważali nieustępliwość Ukraińców. Główną ofiarą tych politycznych antagonizmów stała się ludność cywilna”.

Przytoczony cytat – to całkowity eufemizm, z którego zupełnie nie wynika, w jaki sposób i ilu ludzi „stało się ofiarami politycznych antagonizmów”. Nie podano ich narodowości, nie wymienia się nawet słowa „Wołyń”. Autorzy podręcznika postanowili nie próbować wytłumaczyć zachowanie stron konfliktu, opowiedzieć uczniom o argumentach stron, i wreszcie, chociażby wspomnieć o symbolice hasła „Wołyń 1943” w polskiej pamięci narodowej i ogólnie przyjętej wśród polskich historyków kwalifikacji tych wydarzeń jako ludobójstwa.

O tym, co właściwie wydarzyło się w lecie-jesieni 1943 roku na okupowanych przez Niemców terenach Wołynia dziś wiemy o wiele więcej, niż przed dziesięcioma laty. W lecie 1943 roku banderowski odłam Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) i Ukraińska Powstańcza Armia (UPA) rozpoczęły akcję fizycznej eksterminacji polskiej ludności na Wołyniu, która liczyła około 15 % ludności regionu, wchodzącego przed wojną w skład Polski. Logiki kierownictwa ukraińskiego podziemia nacjonalistycznego, które podjęło decyzję  „oczyszczenia” Wołynia z ludności polskiej, można doszukiwać się w analogii z końcem I wojny światowej, kiedy to przynależność terytorialną państw określano na konferencjach międzynarodowych, przede wszystkim, na podstawie narodowego składu ludności. Liderzy OUN zdawali sobie sprawę, że żaden z ówczesnych polskich ruchów politycznych nie chciał słyszeć o utracie Galicji Wschodniej i Wołynia. Dlatego, podobnie jak organizatorzy czystek etnicznych na okupowanych Bałkanach, uważali za konieczne przedstawić międzynarodowym arbitrom monoetniczność terenów, które chętnie by widzieli w składzie swoich narodowych państw.

Praktycznie rozwiązanie tego nieprostego zadania wyglądało (wg. fundamentalnych w tej kwestii badań Grzegorza Motyki) następująco: partyzanci okrążali polskie wioski (jedna z największych operacji miała miejsce w Niedzielę Wielkanocną, co gwarantowało maksymalne skupienie ludności w kościołach) i mordowali wszystkich. Do udziału w „antypolskiej akcji” (terminologia z dokumentów OUN) starano się dołączyć mieszkańców okolicznych ukraińskich wiosek, co w sposób szczególnie bolesny odbiło się w pamięci ofiar. Później apologeci UPA starali się przedstawić wydarzenia wołyńskie jako „spontaniczny bunt ludowy” czy „chłopską zemstę za lata poniżeń” (słowa ostatniego dowódcy UPA Wasyla Kuka). Tymczasem nie budzi wątpliwości, że akcje te organizowała i mobilizowała OUN. Planowy charakter „antypolskiej akcji” wyraźnie przedstawia jednoczesny napad 11 lipca 1943 roku na 99 polskich wiosek wołyńskich. Wkrótce po tym polskie podziemie zaczęło organizować oddziały „samoobrony”, które nie tylko prowadziły ochronę polskiej ludności, ale i podejmowały akcje odwetowe przeciw ludności ukraińskiej. Jednak nieuprawnionym jest stawiać znak równości pomiędzy działaniami polskich i ukraińskich partyzantów. Ogółem w czasie „rzezi wołyńskiej” zamordowano około 60 tys. Polaków. Na skutek działań „samoobrony”, tych obronnych i powodowanych zemstą zginęło 2-3 tys. Ukraińców. Jeżeli w ukraińskiej pamięci o wydarzeniach wojennych Wołyń nie zajmuje szczególnego miejsca, to w polskiej – jest to jeden z głównych nurtów.

Przytoczony na początku cytat pojawił się w szkolnym podręczniku po wspólnym apelu parlamentów polskiego i ukraińskiego potępiącym zabójstwa ludności cywilnej. Parlament ukraiński - Rada Najwyższa przyjął ten apel w 2003 roku (w 60. rocznicę rzezi wołyńskiej) dopiero pod presją prezydenta Kuczmy i to z przewagą tylko jednego głosu. Ciekawe, że w 50. rocznicę tragedii, w 1993 roku polskie elity polityczne i intelektualne, nastawione zasadniczo na normalizację stosunków z Ukrainą, świadomie unikały akcentowania tych wydarzeń, wychodząc z założenia, że młode państwo ukraińskie powinno okrzepnąć i nabrać śmiałości, by odpowiedzialnie odnieść się do ciemnych kart swojej historii. Dlatego na początku lat 1990 polska opinia publiczna więcej uwagi poświęcała osądzeniu operacji „Wisła” - zarządzonej przez polskie władze komunistyczne planowej deportacji ukraińskiej ludności z terenów przygranicznych powojennej Polski w głąb kraju.

W 2003 roku, w 60. rocznicę wydarzeń, oficjalna Warszawa już takich ustępstw nie czyniła. Prezydent Kuczma, dla którego dobre stosunki z Polską były priorytetem, z jednej strony sprzyjał przyjęciu deklaracji przez parlament ukraiński, a z drugiej – nie zrobił nic, żeby nadać problemowi większego rozgłosu na Ukrainie.

Imitacja „opracowania przeszłości”, wzmocniona efektem sowieckiej polityki amnezji, w wyniku której nawet wielu zawodowych historyków nie miało pojęcia o wydarzeniach wołyńskich, przyniosły spodziewane rezultaty. Według socjologicznych badań w 2003 roku 48,9 % Ukraińców niczego nie wiedziało o „rzezi wołyńskiej 1943 roku”. Decyzja prezydenta Juszczenki o nadaniu tytułu „Bohatera Ukrainy” Stepanowi Banderze, została odebrana w Polsce przez pryzmat pamięci o Wołyniu, chociaż osobiście Bandera od 1941 roku był osadzony w obozie koncentracyjnym Sachsenhausen (w specjalnym oddziale  tzw. Zelenbau – dla ważnych więźniów). Na początku prezydencji Wiktora Janukowicza temat Wołynia po raz pierwszy świadomie został wykorzystany przez przeciwników rehabilitacji UPA.

Przypomnę, że stawiając  w 2000 latach pomniki ofiarom UPA, Komunistyczna Partia Ukrainy miała wyłącznie na uwadze ofiary spośród obywateli radzieckich (pomniki w Symferopolu i Ługańsku). Ale już zorganizowana na wiosnę 2010 roku w imieniu „rosyjskojęzycznych Ukraińców” ekspozycja w Ukraińskim Domu (dawniej Muzeum Lenina) w Kijowie została poświecona „polskim i żydowskim ofiarom UPA”. Patronował tej wystawie, uważając, że może zabrać głos w imieniu „rosyjskojęzycznych Ukraińców”, deputowany z Partii Regionów Wadim Kolesniczenko. Niestety, akcja ta nie miała nic wspólnego z próbą refleksji na temat ciemnych kart historii Ukrainy. Celem wystawy było sprowokowanie konfrontacji wewnątrz społeczeństwa ukraińskiego. Próbowano przeciwstawić pamięć o „zawsze heroicznej” Armii Czerwonej jednoznacznemu osądzeniu „faszystowskich kolaborantów”. Pan Kolesniczenko & Co łatwo skrytykował tradycję, z którą sam nie miał nic wspólnego. Jednak ciekawsze jest co innego: w roli jego sojusznika wystąpili niektórzy przedstawiciele polskich organizacji „kresowych”, zajmujących się tematem „rzezi wołyńskiej” i innych przestępstw przeciwko Polakom (włączając w to zbrodnie stalinowskie). Niestety ludzie ci, przystępując do wspólnych działań,  nawet nie zainteresowali się jakie są poglądy ich partnerów – „ukraińskich demaskatorów” UPA i ich stosunek np. do Stalina czy paktu Ribbentrop-Mołotow. W ten sposób, stali się sojusznikami ludzi, którzy często usprawiedliwiają zbrodnie stalinowskie (z mordem polskich oficerów w Katyniu włącznie).

Najważniejsze w tym wszystkim jest to, że po raz kolejny polityczne manipulacje utrudniły możliwość poważnej refleksji o wydarzeniach na Wołyniu, których Ukraina unikała przez wszystkie lata swojej niepodległości.

Wyjątkowość tematu „rzezi wołyńskiej” w historiografi ukraińskiej polega na tym, że w tym wypadku Ukraińcy występują nie jak ofiary lub, jak co najmniej, nie tylko jako ofiary. W prezentowanym przez sowiecką propagandę obrazie „banderowców – faszystowskich kolaborantów”, o rzezi wołyńskiej nie wspominano. W opisie wojny prezentowanym przez nacjonalistów ukraińskich też unikano tego tematu, rozmiar tragedii minimalizowano, a rola ofiar przypadała wyłącznie Ukraińcom.

W postsowieckich interpretacjach wołyńskich wydarzeń jednym z kluczowych był argument: „kto pierwszy zaczął”. Akcje UPA na Wołyniu interpretowano jako odwet za politykę ograniczania praw Ukraińców w międzywojennej Polsce. Te ograniczenia miały miejsce, ale w żadnej mierze nie można ich porównywać do metod stosowanych w „antypolskiej akcji” UPA, ani z represjami w ZSRS. Ukraińscy historycy wspominali też o polskiej polityce niszczenia świątyń prawosławnych na Ziemi Chełmskiej w 1938 roku, gdy w ciągu 60 dni zniszczono 127 cerkwi. Chociaż powiązanie tych dwu wydarzeń jest bardziej niż problematyczne, w literaturze pojawiło się określenie „chełmsko-wołyńska tragedia”.

Główny sens tych zabiegów jest prosty: „nie my zaczęliśmy”, a więc główna odpowiedzialność nie na nas spoczywa. Takie samo zadanie wykonuje próba przerzucenia całej odpowiedzialności na Niemców dążących do „skonfrontowania Ukrainców i Polaków na Wołyniu”. Ostatnie stwierdzenie nie jest zupełnie niesłuszne, ale nie usprawiedliwia i nie wyczerpuje fenomenu planowych mordów ludności cywilnej. Z pewnością, rozumiejąc to wszystko, znany ukraiński historyk Wołodymyr Sergijczuk,  uważał za konieczne zmniejszyć samą skalę mordów, a jednocześnie postawić z nóg na głowę tezę o „ludobójstwie”wygłaszając tezę: „Zbrojne akcje przeciw oddzielnym polskim wioskom na Wołyniu były spowodowane tym, że ich mieszkańcy zaczęli pomagać zarówno Niemcom, jak i sowieckim partyzantom w ludobójstwie Ukraińców”.

Na szczęście nie wszystkie ukraińskie publikacje są takie. Andrij Zajarniuk w swoim tekście zamieszczonym w jednym z lwowskim zbiorów artykułów, poświęconych wołyńskiej tragedii, wprost nazwał to wydarzenie „czystką etniczną” i wezwał kolegów-historyków do badań zachowań uczestników mordów, opierając się na istniejącej tradycji badań „zwykłych ludzi” – wykonawców masowych mordów w historiografii Holocaustu. Autor, chyba najbardziej dokładnej, ukraińskiej monografii o polsko-ukraińskim konflikcie w latach II wojny światowej Ihor Iljuszyn kwalifikował działania UPA jak jednoznacznie przestępcze.

Jednak nie te publikacje nadają ton na Ukrainie. Jedną z przyczyn tego stanu rzeczy jest kontekst rozwoju politycznego i kulturowego życia współczesnej Ukrainy, który odbierany jest przez wielu intelektualistów jako „niezakończona dekolonizacja”. Wychodząc właśnie z takiej logiki Mykoła Riabczuk pisał: „Ukraińska liberalna inteligencja nie może ustosunkować się do ukraińskiego nacjonalizmu tak, jak polska – do polskiego, a rosyjska – do rosyjskiego. Pozycja Ukraińców na współczesnej Ukrainie jest zupełnie inna, aniżeli Rosjan w Rosji, czy Polaków w Polsce”. Dlatego wielu jest przekonanych o tym, że mówić o ciemnych kartach historii ruchu nacjonalistycznego można i trzeba jedynie po oficjalnym uznaniu UPA. (Jak wiadomo, wszystkie próby przyjęcia odpowiednich decyzji w Radzie Najwyższej Ukrainy zakończyły się niepowodzeniem).

Jarosław Hrycak zaproponował „kompromisową” tezę mówiącą, że odkrycie ciemnych stron historii UPA ważne jest  dla pełnego uznania jej antysowieckich i antyniemieckich operacji jako symbolu ukraińskiego patriotyzmu. Logika Hrycaka nie wiąże bezpośrednio przyznania faktu i potępienia antypolskich i antyżydowskich akcji UPA z jej oficjalnym uznaniem. Jednak dla absolutnej większości historyków i polityków jakiekolwiek „półtony” w historii są po prostu niezrozumiałe. Dodam, że „antypolską akcję” na Wołyniu Hrycak kwalifikuje jako zbrodnię wojenną, „bezsensowną z wojskowego i politycznego punktu widzenia”.

Szkolny podręcznik, jak i masowa świadomość w całości, odtwarzają wizerunek Ukrainy jako kolektywnej ofiary – ofiary reżimów: komunistycznego i hitlerowskiego, a także szlacheckiej Polski i „turecko-tatarskiej” nawały. W tej sytuacji pytanie o odpowiedzialność za własną historię jest nie na miejscu – tym bardziej, że, jak pisał jeden z wybitnych ukraińskich nacjonalistycznych historyków, – „metody walki narzuca naród-ciemiężca”.

Najważniejszą cechą ukraińskiej pamięci o II wojnie światowej jest brak społecznego uzgodnienia i wspólnego, dla absolutnej większości mieszkańców, wizerunku tej wojny. Nacjonaliści chętnie mówią o przestępstwach ZSRS, ale nie nacjonalistycznego podziemia; komuniści – o ofiarach UPA, ale nie o sowietyzacji Galicji Wschodniej, lub o zachowaniu Armii Czerwonej w Prusach Wschodnich. Tymczasem większość ludności Ukrainy jest raczej obojętna wobec prób wciągnięcia ich w kolejną wojnę pamięci.

Tak tworzy się pozycja narodu bez wspólnej historycznej pamięci, ale za to ze śnieżnobiałym sumieniem. 

Dr Andrij Portnow – ukraiński historyk, autor 4 książek oraz licznych artykułów o problemach pamięci historycznej i historiografii, w tej chwili przygotowuje pracę habilitacyjną w Instytucie Ukrainoznawstwa im. Iwana Krypiakewycza. Mieszka w Kijowie

 

APEL PISARZA, STANISŁAWA SROKOWSKIEGO

 

BUNTUJCIE SIĘ, MŁODZI !!!

 

Ponad dwa lata temu, gdy gwałtownie zaczęła się podnosić fala cynizmu i  kłamstwa w życiu publicznym, wystąpiłem do młodego pokolenia z apelem, by się buntowało. Dzisiaj, po uzupełnieniach,  powtarzam ten apel, ponieważ fala kłamstwa podniosła się na niebywale wysoki poziom.  Czas najwyższy ją powstrzymać. Powtarzam więc z całą mocą.  

 

Młodzi, buntujcie się!

Buntujcie się  przeciwko obłudzie i cynizmowi.  Nie pozwólcie, by Was okłamywano i Wami manipulowano. By Was traktowano jak śmiecie. Bo to niszczy  Polskę. Zabija zaufanie między ludźmi. Podważa wiarygodność życia zbiorowego.

 

 Ciągle poddawani jesteśmy manipulacji i kłamstwom. Płyną one z mediów i  trybun sejmowych,  z kancelarii premiera i prezydenta, z uczelni i sal sądowych.

 

W ostatnich latach szczególną siłę kłamstwa i manipulacji widzieliśmy na przykładzie naszej najnowszej historii. Za wszelką cenę manipulatorzy chcą nam obrzydzić tradycję i przeszłość. Kiedy zajmujemy się Kresami i ludobójstwem na Kresach, manipulatorzy wysyłają nas w kosmos. Powiadają, wybierzcie przyszłość! Zostawcie historię historykom. To  przypomina Marzec 1968 r. i bunt młodzieży przeciwko kłamstwu i manipulacjom, kiedy inni manipulatorzy powiadali: „Pisarze do pióra!”, a „Studenci do nauki!”. Czyli wara od życia publicznego. Wara od wpływania na losy kraju. Od tego MY jesteśmy, światli, mądrzy i niezastąpieni. Dzisiaj też toczy się ostry bój o prawdę. Manipulatorzy i oszuści chcą, byśmy zapomnieli o swoich przodkach, o naszych dziejach.  Odciągają nas od prawdy.

 

Od pewnego czasu w środowiskach kresowych wrze, ponieważ manipulatorzy i kłamcy nie pozwalają nam mówić prawdy o Kresach. Nie pozwalają organizować konferencji naukowych poświęconych ludobójstwu. Coraz częściej zabraniają spotkań autorskich albo wykładów. Tak było na Uniwersytecie Szczecińskim, gdzie miał wystąpić ks. Tadeusz Isakowicz - Zaleski. Tak było w Opolu, Wrocławiu i Przemyślu. We Wrocławiu została odwołana w jednym z kościołów wystawa malarstwa poświęcona Kresom. W Warszawie od lat nie można postawić pomnika pomordowanym przez UPA Kresowianom. Do dziś nie powstało Muzeum Kresowe. To tylko mała cząstka niechlubnych ograniczeń, zaniedbań, wykluczeń  i prześladowań.

 

Parlament polski miał podjąć w maju 2011 r.  uchwałę w sprawie ustanowienia dnia 11 lipca Dniem Pamięci Narodowej pomordowanych  Polaków na Kresach przez Ukraińską Powstańczą Armię, ale nie podjął tej uchwały.  Przyczynił się do tego prezydent Komorowski, który nigdy nie potępił ludobójstwa. Na zachodniej Ukrainie  podnosi się fala skrajnego nacjonalizmu i wystąpień antypolskich. Mordercom Polaków, Banderze, Szuchewyczowi i innym, stawia się pomniki.  Radni partii Swoboda protestują  przeciwko uczczeniu pamięci  polskich profesorów zamordowanych w 1941 r. we Lwowie; sieją nienawiść do Polaków,  a polskie władze nie reagują.    

 

Uchwała z okazji 100 – lecia  polskiego harcerstwa została w Sejmie do tego stopnia zmanipulowana, że z pierwotnych zapisów, dzięki posłom PO i SLD,  zniknęły odniesienia do służby Bogu, pominięte zostały  wzmianki o Pogotowiu Harcerek i Hufcach Polskich w konspiracji. Nie oddano też czci harcerzom na Wschodzie. Pominięto harcerstwo niepokorne w PRL.

 

W szkołach średnich likwiduje się naukę historii, by odciąć młodzież od wielu godnych naśladowania wzorców, wielkich charakterów i nieustraszonych postaw. Coraz częściej słyszymy o zwalnianiu ludzi mądrych, odważnych i niepokornych z pracy. Dotyczy to uczelni wyższych ( np.  Wrocławia) i mediów ( m.in.  Wildstein,  Pospieszalski, Ziemkiewicz, Sakowicz…) Znakomite filmy młodszego pokolenia,  utalentowanych  reżyserów, np.  Ewy Stankiewicz „Solidarni 2010”, czy Joanny Lichockiej i Marii Dłużewskiej( „Mgła”) nie mogą wejść do szerokiego obiegu publicznego.      

 

Od ponad roku  nie możemy  doczekać się  prawdy  o katastrofie smoleńskiej. A manipulatorzy ze sfer rządowych robią wraz z Moskwą wszystko, by tej prawdzie uciąć głowę. Gdy grupa uczciwych, rzetelnych ludzi -„Solidarni 2010”,  postawiła namiot przed Pałacem Prezydenta, by głosić potrzebę poszukiwania prawdy o tej katastrofie, władze Warszawy nieustannie nękają tę grupę, szykanują i dręczą. Odsuwa się od pracy prokuratora Pasionka, który dociekał prawdy.     

 

Za to funkcjonariusze Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego wpadają o świcie do domów ludzi, którzy mają odmienne niż władza poglądy i zamykają ich. Tak było  w przypadku blogera  AntyKomora, któremu agenci   zabrali laptopa, dyski twarde, pendrivy i kartę pamięci od aparatu cyfrowego.  Prokuratora  znęca się nad 19-letnim Jackiem Balcerowskim, a sąd skazuje go na 10 miesięcy więzienia w zawieszeniu na 3 lata za antyrządowy napis  na szkolnym murze.  Dochodzi już nawet  do mordów politycznych ( zabity w Łodzi działacz PIS-u, Marek  Rosiak). Zaczyna  się szerzyć  strach. Przez strach władza pragnie podporządkować sobie społeczeństwo. Skąd my to znamy?   

 

Czego władza się boi? Własnych obywateli? 

 

Hasła do napaści dają tacy politycy jak minister spraw zagranicznych, Sikorki („dorżnąć tę watahę”), czy inny światły minister rządu Tuska, Bartoszewski, który nazywa własny naród „bydłem”. Wzywają  do pogardy dla ludzi, którzy inaczej myślą, nazywając ich „oszołomami”, „ciemniakami” i „moherowymi beretami”( Tusk).  Schamienie i prymitywizm godne są tych umysłów.  Władza się degeneruje. Wybiera na twarz polskiej prezydencji w Unii Europejskiej pajaca i podrzędnego wesołka, jakby w Polsce nie było godnych artystów, twórców kultury, ludzi szanowanych. To wskazuje na skalę   zwyrodnienia  władzy, w tym przypadku ministra kultury.

 

Buntujmy się przeciwko tym, którzy zabraniają nam dostępu do prawdy, którzy kręcą i manipulują. Buntujmy się przeciwko złu. By nie okłamywali nas prezydent, premier, ministrowie i media. By nikt nas nie okłamywał. Mamy do tego prawo. I stawajmy w obronie atakowanych,  poniżanych i upokarzanych. Bo milczenie jest zgodą i przyzwoleniem na wszelkie świństwa władzy.

  

Stanisław Srokowski ( www.srokowski.art.pl )

 
Więcej artykułów…