Gosia Dachnowicz o kompanii PO i PiS

Wojna z Rosją sposobem na wygraną w wyborach do Parlamentu Europejskiego PO i PiS

Wydarzenia na Ukrainie na pierwszy rzut oka wyraźnie służą obu partiom głównego nurtu. Obie straszą wybuchem III Wojny Światowej, podsycają w narodzie od dawna zakorzenioną nieufność do ruskich. Mając do dyspozycji potężne partyjne pieniądze i zaplecze kreują rzeczywistość pod nadchodzące wybory.


Jak pamiętamy na samym początku konfliktu w wewnątrz Ukrainy zarówno Donald Tusk jaki i Radosław Sikorski, prowadzili ostrożną politykę. Premier podkreślał, że to wewnętrzne sprawy Ukrainy i że swoje problemy powinni rozwiązać sami, Radosław Sikorski natomiast do polityków PiS, którzy oburzali się na małe zaangażowanie polskiego rządu w sprawy Ukrainy, skierował pytanie, czy PiS ma pieniądze aby zainwestować w skorumpowaną ukraińską gospodarkę. Od tamtego czasu wiele się zmieniło i bynajmniej nie za przyczyną eskalacji ukraińskiego konfliktu ale przede wszystkim pod wpływem naszych zagranicznych partnerów. Polska dyplomacja poniosła klęskę, której niczym nie da się obronić. Obywatele zaczęli dostrzegać, że nasz udział w konflikcie nie był potrzebny, że nie zyskaliśmy na tym nic a koszty konfrontacji z Rosją przede wszystkim poniesiemy my. Nie Francja, nie Niemcy – ci nadal robią interesy z Rosją. W związku z czym najlepszą obroną jest atak, stąd pomysł PO na straszenie wojną. Na ostatnim posiedzeniu Rady Krajowej honorowym gościem był Witalij Kliczko z partii Udar, a Donald Tusk mówił o „dramatycznej lekcji", „oddawaniu życia", „najwyższym poświęceniu" i „najważniejszych w historii" wyborach. Od nich będzie zależeć, czy Europa przetrwa.

Zasugerował nawet, że od ich wyniku zależy, czy 1 września dzieci pójdą do szkoły – co w sposób jednoznaczny stanowiło aluzję do wybuchu II wojny światowej.

PiS zachowuje się tak samo. Zresztą od samego początku tego konfliktu politycy tej partii postanowili brać sprawy w swoje ręce. Wszyscy doskonale pamiętamy Kaczyńskiego stojącego obok Tahnyboka pod banderowską flagą, krzyczącego banderowskie pozdrowienia „Sława Ukraini”. Kaczyński na wstępie uznał, że należy tam być i wspierać ukraińskich rewolucjonistów, wiedział, że zaistnieje we wszystkich mediach a to naturalnie spowoduje wzrost poparcia. PiS od dłuższego czasu jest w ofensywie, więc uznali, że skoro PO jest zachowawcze to PiS musi być zdecydowane i ofensywne. Późniejsza fala krytyki środowisk kresowych spowodowała, że Kaczyński zamiast zyskiwać zaczął tracić. Dlatego kolejnym krokiem było wytworzenie poprzez swoje zaplecze atmosfery antyrosyjskości. Kto krytykował ukraińskich nacjonalistów to ruski agent. Ten absurdalny argument zaczął przynosić partii Kaczyńskiego zakładane rezultaty. Mam wrażenie, że jednak nie w całym elektoracie a raczej u swoich działaczy. Media w jakiejś mierze związane czy też sprzyjające PiSowi nie zawahały się nawet z Ks. Tadeusza Isakowicza Zaleskiego zrobić ruskiego agenta, który ma krew na rękach.

Nie ma wątpliwości, że działanie jednych i drugich jest obliczone na polityczny zysk i słupki sondaży. Interes narodowy nie ma tu znaczenia, ich działania dyktuje partyjny interes. Tylko czy prowadzenie takiej samej polityki zagranicznej obydwu partii może służyć jednym i drugim?

Polska musi ponieść odpowiedzialność za nieudolną politykę zagraniczną, a ta spadnie na PO ale czy PiS na tym zyska skoro mówi tym samym językiem?

Małgorzata Dachnowicz